czwartek, 13 lipca 2017

Keeping it tidy

Pokoje moich dzieci są pełne zabawek, chyba można nawet powiedzieć, że są przepełnione zabawkami... Wiem, że to moja wina, ale one uwielbiają grzebać w tych swoich klamotach, przewracać je, oglądać, więc pozwalam na to zbieractwo, które w pewien sposób staram się ujarzmić. Świetną pomocą w tym są pojemniki, do których można wrzucić całe mnóstwo różnych zabawek. Nie tylko porządkują pokój, ale i stanowią jego ozdobę ;)

My children's bedrooms are full of toys, you might even say they're overloaded with toys... I know it's my fault, but my kiddos love to play with and delve into their stuff, so I let them collect it but at the same time I try to keep the space organized. A great help in doing so are custom-made bins which can contain lots of toys. Not only do they organize the space, but they also decorate it :)


Pojemniki, które chcę Wam dziś pokazać uszyła moja koleżanka (zajrzyj tutaj), która ma świetny zmysł do szycia i wymyślania pięknych rzeczy dla dzieci. Zajmuje się z tym z zamiłowania, może i dla Was coś uszyje? Dla mnie uszyła dwa pojemniki do pokoju Majki z motywem kropelek, które są także na ścianach! Wyglądają ślicznie i tak też są wykonane.

Bins which I want to show today have been made by my friend (click here), who has a great talent for making beautiful things for children. It's her passion so I guess she could sew something for you too ;) She made two bins for Maja's room with the drop pattern which matches the walls! They look cute and are very well made. 






Pojemniki są bliźniacze, czyli materiał na zewnątrz i wewnątrz mają taki sam tylko w odwrotną stronę :)  Można je uszyć w różnych kształtach i kolorach! Praktyczne i śliczne :)

These are twin bins which means they are both made with the same fabric but used in different configurations :) You can get them in different shapes and colors! Useful and pretty ;)


xoxo

poniedziałek, 10 lipca 2017

#Inspiration


Dziewczyny, korzystajmy z pogody i zakładajmy sukienki, bo kiedy jak nie dziś! xo

Ladies, let's enjoy the beautiful weather and put on dresses, if not now, when? xo

czwartek, 6 lipca 2017

School reunion



Wracacie czasami myślami do czasów liceum, kiedy życie było o wiele prostsze, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy? Dla mnie licealne czasy to ważny kawałek mojego życia. To wtedy poznałam Marka, mojego męża, zawiązałam przyjaźnie na całe życie, przeżyłam przygody, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci, bo w pewnym sensie mnie ukształtowały.
W tym roku minęło 15 lat od mojej matury... Nie mogę uwierzyć, że to już tyle lat... Czas ucieka i nim się obejrzysz, mija 15 lat. Stwierdziłam więc, że skoro to taka okrągła rocznica, trzeba zorganizować spotkanie po latach...
To niesamowite jak bardzo było to nam wszystkim potrzebne. Udało nam się zorganizować imprezę - w końcu. I już od samego wejścia ludzie czuli się, jakby widzieli się poprzedniego dnia, a nie 15 lat wcześniej. Rozmawialiśmy i bawiliśmy się razem, jakbyśmy nadal byli kolegami i koleżankami z ławki, jakby czas, który tak niepostrzeżenie minął, stanął w miejscu, a my bylibyśmy nadal w 2002 roku. Pamiętam naszą imprezę tuż przed maturą, ostatni dzień szkoły... Ta teraz, była chyba jeszcze lepsza...
Gdy spotykasz tych wszystkich ludzi z którymi spędziłaś 4 lata w jednej klasie czy szkole, uświadamiasz sobie, że w pewnym sensie czujesz przynależność do jakiejś grupy, jakbyś na zawsze już była częścią jakiejś rodziny, z którą łączy Cię historia. Wasze drogi rozeszły się, ale nadal łączą was wspólne wspomnienia. Dobrze było usłyszeć co u innych, jak poukładali sobie życie i jakie mają plany na przyszłość. Nie było udawania, ani lansu, przynajmniej tak mi się wydaję. Ludzie byli sobą. Po prostu. Niektórzy zmienili się nie do poznania, inni w ogóle. Na chwilę każdy z nas miał znowu 18 lat...
Nie wiem co takiego jest w takich spotkaniach, ale myślę, że to świetna okazja, by po prostu przypomnieć sobie, że pomimo, że minęło tyle lat, warto utrzymywać przyjaźnie sprzed lat i że tak naprawdę nadal, gdzieś w środku, każdy z nas ma w sobie duszę osiemnastolatka :) (niektórzy powinni wiedzieć o co chodzi ;)

Do you sometimes go back to your high school times, when life was a lot easier, at least from today's point of view? For me high school was an important part of my life. It was then when I met Marek, my husband, I made friends for life and had experiences which I will always keep in my mind as somehow they made me the person I am now.
This year it's been 15 years from my matura exam (A-levels)... I can't believe it's been so many years... Time flies and before you realize, it's 15 years. It seemed to me that 15 is a good number to celebrate, so I decided to make a school reunion...
It's incredible how we all craved that. We managed to have the party - finally. And from the very beginning people felt as if they saw each other the day before, not 15 years before. We talked and had fun together as if we still were classmates, as if time stopped and we were still in 2002. I remember our party before the matura exam, the last day of school... This time it was even better...
When you get together with all those people you spent 4 years with in one classroom or school, you realize you somehow still belong to a group or a team. You all went separate ways, but but there are memeries and history that you still have in common. It was great to hear what's new with them, how they've been doing in their lives and what their plans for the future are. There was no faking, no showing off, well at least I think so. We were just ourselves. As simple as that. Some were difficult to recognize, some haven't changed at all. For a moment we were all 18 back again...
I don't know what's it all about such get togethers, but I guess it's just a great occassion to remind yourself that though it's been so many years, it's great to keep in touch with all those people and that in fact, deep down, we are all 18 :)(some of you should know what I mean ;)

wtorek, 27 czerwca 2017

Disturbia...



Jak pewnie część z Was wie, nie było mnie na blogu od bardzo dawna. Wiem, przepraszam i zapraszam Was do lektury, w której odkryjecie tajemnicę mojego nagłego zniknięcia.
Od nie pamiętam kiedy, nie podróżowałam sama. Najpierw były to wakacje z rodzicami, w międzyczasie szkolne wycieczki, potem wyjazdy z chłopakiem, potem z mężem, aż w końcu z mężem i dziećmi. Zawsze z kimś, nigdy sama. Zawsze był ktoś do kogo można zagadać, z kim można dzielić dobre i złe chwile podczas podróży. Jednak przede wszystkim zawsze był ktoś, dzięki komu nie musiałam polegać wyłącznie na samej sobie, bo wszystkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie. Nigdy nie musiałam się sama martwić, czy i jak dokądś dojechać, gdzie zjeść, co robić w wolnym czasie, szczególnie jeśli chodzi o orientację w terenie, haha.
No i tak okopałam się w swojej strefie komfortu, otoczona ludźmi, których kocham, bezpieczna. Ponieważ od tylu lat zawsze byłam otoczona ludźmi, zapomniałam o tym, jak to jest, stanowić samemu o sobie. Zapomniałam, jak to jest polegać tylko na sobie.... Muszę przyznać, że to okropne, że zapomniałam o tym, że oprócz wszystkich ról, które wykonuję, jestem także odrębną jednostką...
W styczniu zaproponowano mi wyjazd służbowy do Anglii, na dwa tygodnie...samej. Perspektywa wyjazdu była tak odległa, że wydawało mi się, że to nigdy nie nastąpi. Zgodziłam się więc i wróciłam do swoich zajęć.
Jednak w końcu nadszedł moment, w którym dotarło do mnie, że jednak jadę, że muszę zacząć pakować rzeczy, uświadomić dzieci, że mamy nie będzie przez dwa tygodnie. Byłam przerażona (i przede wszystkim przepracowana). Do samego końca nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę...
Ale w końcu wsiadłam w samolot i poleciałam, pełna obaw, rozterek i tęsknoty (tak, już na samym starcie) za rodziną.
Nawet nie wiecie jak trudno jest zmierzyć się z chwilą, kiedy zostajesz sama ze sobą i musisz zrobić wszystko, żeby znaleźć swoje mieszkanie i zacząć funkcjonować na zupełnie nowych dla siebie zasadach. Musisz się wziąć w garść i po prostu chwycić byka za rogi. Nie jest to takie proste, po latach polegania na innych. Myślisz wtedy, co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w domu z dziećmi? Jak dojechać do tego cholernego centrum? Gdzie jest przystanek? Jak zamierzasz jeździć transportem publicznym, skoro całe dnie spędzasz w samochodzie? I kto do cholery Ci pomoże? Tysiąc myśli na minutę, hehe.
Jednak gdy porządnie się wyśpisz, uspokoisz, dojdziesz w końcu do racjonalnych wniosków uświadamiasz sobie, że musisz i nie masz wyjścia. Otwierasz się i powoli dociera do Ciebie, że jesteś w stanie polegać tylko na sobie. Czujesz, że rosną Ci skrzydła. Wiesz, że poradzisz sobie w najdziwniejszej sytuacji. Jesteś z siebie dumna. To okropne, bo dopiero ten wyjazd uświadomił mi, że zapomniałam o sobie i że w ogóle sama siebie nie znam...
Z jednej strony czujesz straszną tęsknotę za rodziną, mężem i dziećmi (zamartwiasz się, że dzieci o Tobie zapomną), z drugiej czujesz, że po raz pierwszy od wielu lat masz czas tylko dla siebie...Cudowne uczucie, gdy masz szansę odkryć te wszystkie uczucia na nowo. Masz czas wolny i masz totalną swobodę jak go wykorzystasz...mmmm. Więc, jeśli któraś z Was ma szansę choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości.... polecam :)


As some of you might have noticed, I haven't been here for a while. I know, I'm sorry and so I'm inviting you to read the story of my unexpected disappearance.
Since I can remember I haven't been traveling alone. First there were vacations with my parents, some school trips in the meantime, then trips with my boyfriend and later on my husband, and finally with my husband and the kids. Always with someone, never alone. There was always someone to talk to, whom I could share all the good and the bad moments with when traveling. But most importantly, there was always someone, which meant I didn't really have to rely only on myself, because we would always decide on everything together. I didn't have to worry whether or how to get somewhere, where to eat, what to do, let alone spatial orientation, haha. So I got so cozy in my comfort zone, surrounded by people whom I love, safe and sound. And since I had been among the people, I forgot how it feels to stand for yourself. I forgot how it is to depend only on myself... I must say it's horrible that I forgot that apart from being all those things I do, I am still an individual...
In January at work they offered me a trip to England, for two weeks... alone. The perspective was so distant I agreed and went back on to my usual stuff.
But finally the time to leave was coming and I realized I was really about to leave, and that I had to start packing and tell the kiddos mommy was leaving for two weeks. I was petrified (and most of all I was overworked). I didn't think it was really happening... But finally I got onto the plane and took off full of worries and already missing (yes, instantly) my family.
You don't even realize how hard it is to face the moment when you're left alone and you need to find your accomodation and start living your new reality. You need to get a grip and just take the bull by the horns, as they say. It's not as simple as it sounds after years of relying on others. All you think at that very moment is, what are you doing here? Why the hell aren't you at home with your kids? How the hell do you get to the center? Where is the damn bus stop? How on earth are you going to use public transport when you're used to spending whole days using your own car? And who the hell will help you? Thousands of thoughts at a time, haha.
But when you get some sleep, calm down, you finally find yourself thinking that you have to face the new situation, you don't really have a choice. You open yourself to the new and step by step you learn that you can depend on yourself. You feel as if you had wings growing. and you know that you can face even the weirdest situation you can imagine. I was really sad when I realized that I had forgotten about myself and that actually I didn't really know myself...
On the one hand you're homesick and you miss your family, your kids and husband (you worry that they won't remember you), and on the other hand you feel that it is just 'you' time and you haven't had it for years... You're in heaven when you can rediscover all those feelings again. You have plenty of time and you can do whatever you want....mmmmm. So if any of you ladies has ever a chance to run away from the mundane reality, just for a while... I would say... go for it ;)

niedziela, 28 maja 2017

A thing on motherhood







Jestem mamą dwójki wspaniałych dzieci. Kocham je od momentu gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. I nadal kocham z każdym dniem coraz mocniej. Zaskakują  mnie i rozczulają każdego dnia. Nie wyobrażam sobie bez nich mojego życia. Jednak czasami przychodzą takie dni, że jedyne na co mam ochotę to usiąść w kącie i płakać...
Bycie mamą to odpowiedzialna i bardzo trudna rola. Nie ma co zaklinać rzeczywistości, bycie mamą to najwspanialsza, ale i zarazem chyba najtrudniejsza rola jaką przyszło mi odgrywać. Ogrom obowiązków i odpowiedzialności potrafi przytłoczyć (dzięki Bogu wynagradzany jest bezwarunkową miłością, którą bez trudności można wyczytać z dziecinnych oczu, uśmiechu i uścisku małych rąk). Ostatnio jestem jedną z tych mamusiek, które bujają się z jednym dzieckiem na rękach (w celu ograniczenia szkód!!), a z drugim za rączkę; mamą upoconą i zmęczoną, która jeszcze próbuje zachować jakieś pozory, że to wszystko co się dzieje wokół, ma jakoś pod kontrolą (bądźmy szczerzy, nic nie mam pod kontrolą!!!).

Ostatnio wybrałam się z dziećmi na mały wypad do centrum handlowego. Chciałam tylko przymierzyć coś, co wypatrzyłam w sieci, potem pójść z dziećmi na lody i fajnie spędzić czas. Plan był mało ambitny, a i tak okazał się karkołomny. Wyginająca się Majka na rękach (na wolności potrafi zrobić niezły syf wokół), Wojtek pytający nieustannie "Mama kiedy te lody? No kiedy pójdziemy na te lody? A widziałaś tam jest taka kolejka, pojeździmy...?"itd, itp. A ja spocona próbuję opanować sytuację i coś przymierzyć (co o dziwo mi się udaje - pomimo zdziwionych min ekspedientek!). Chcesz dobrze, wychodzi jak zawsze. Wracając do domu, zadawałam sobie pytanie: "Po co ci to było? Kiedy się nauczysz, że takie rzeczy rzadko się udają!?"

W domu to samo, ciągle mama, mama!!! Nie ma kiedy się napić (tak, wypij 2 litry wody dziennie, ciekawe jak!?), nie ma kiedy siku (no chyba, że z towarzystwem, które grzebie w kosmetykach!!), nie ma jak porozmawiać, obiad też gotowany przy dźwiękach wyrzucanych z szafy garów! Ukojeniem jest gdy dzieci wieczorem idą spać, a Ty zalegasz na kanapie i czujesz błogostan, który potrwa jakieś trzy godziny, do pierwszego obudzenia (szkoda, że w tym czasie patrzy na Ciebie dom pogrążony w totalnym bałaganie!).
Chcesz tym małym istotom poświęcić czas, być cierpliwym, skupić się na każdym z osobna, tak by czuło się ważne i kochane. Masz do siebie żal, gdy poniosą Cię nerwy, gdy podniesiesz głos lub nerwowo odpowiesz coś na odczepne. Ale człowiek jest tylko człowiekiem. Nigdzie nie uczą jak sobie radzić w sytuacjach, gdy wszystko wokół wiruje. Marzysz o chwili dla siebie, a jednocześnie jesteś najszczęśliwsza, że masz rodzinę i dzieci. To rozdwojenie towarzyszy chyba matkom cały czas. Chcą uszczknąć coś dla siebie, a jednocześnie być dla dzieci. I nie są pewne, czy myślenie o sobie to przejaw egoizmu, czy zdrowy objaw, że oprócz tego, że zostały matkami, pozostały też po prostu sobą.

Macierzyństwo to rola, w której łatwo się zatracić. Postawić wszystko na jedną kartę, wóz albo przewóz, być tylko mamą, zapomnieć o sobie, o swoich potrzebach, zainteresowaniach; rozmawiać tylko o dzieciach, zupkach, kupkach i zajęciach dodatkowych. Najtrudniej zaś jest zachować balans. Próbujesz być wspaniałą mamą, ale i kobietą, która spełnia się zawodowo i umysłowo. Ma czas dla siebie i dla rodziny. Zachowanie takiej równowagi to nie lada wyzwanie. Wygląda to trochę tak, jakby żonglować naraz 10 piłeczkami mając tylko dwie ręce i ograniczony czas.
Nie ma niestety uniwersalnej recepty na to, jak sobie z tym wszystkim radzić. Każda z nas musi sobie sama wypracować swój sposób na życie. Ważne jest jednak to by nie bać się prosić o pomoc (z czym szczerze mówiąc mam trochę problem!).
Bycie mamą to sztuka kompromisu. Z niektórych rzeczy musimy rezygnować, innym dawać pierwszeństwo. Wybory, których musimy dokonać, nie zawsze są łatwe, nie zawsze dają oczekiwane efekty. Pamiętajcie jednak dziewczyny, dzieci rosną. Czas pędzi nieubłaganie, i nim się obejrzymy ten cały cyrk będzie już tylko wspomnieniem. Generalnie, ta myśl mnie przeraża i tylko czasami  pocieszam się tym faktem, gdy przerasta mnie codzienność w naszym domu ;)

P.S. Nasz niedzielny wypad na rodzinny spacer w Rogalinie, cudny poranek i moje kochane dzieci, które czuły się tam jak ryba w wodzie :)

I'm a mom of two wondeful kids. I've loved them since the day I got to know I was pregnant. And I still love them, more and more every day. They surprise me and sweeten me each day. I can't even imagine life without them. But there are days when the only thing I feel like doing is sit in the corner and cry...
Being a mom is a responsible and tough role. The reality is that being a mom is the greatest, and at the same time, the hardest role I have ever had. The magnitude of chores and responsibility can be overwhelming (thank God it is made up by the unconditional love that you can read from your children's eyes, smile and hugs). Lately I've been one of those moms holding one kid up in my arms (to avoid any damage!), and the other one holding by hand; a sweaty and tired mom who's pretending she can handle it all (let's be honest, I have nothing under control!!!).

 A couple of days ago I went with the kiddos to a mall. I just wanted to try something I saw online on, then go and get some ice cream and just have fun. Not a very ambitious plan, rather breakneck. Maja wiggling in my arms (at large, she can make a quite a mess), and Wojtek asking "Mom, what about the ice cream? When are we going for ice cream? Did you see that kiddy train, can we go...? etc. And me sweaty trying to handle the situation and trying something on (which btw I manage to do - to the salesgirls' surprise!). You want good, it turns out as usual. On our way home I kept on asking myself "Did you really need that? When wll you know it doesn't work the way you want!?".
At home you always hear mommy, mommy!!! You don't have the time to drink (try to drink 2 litres is water a day, I wonder how!?), you don't have the time to pee (unless you go there with company who mess around in your drawers!!), no time to talk, and you cook with the sound of pots falling down on the floor! A moment of relief is when you fall on the couch and you feel blissful, which lasts for about the next three hours till the next wake up (but why your messy house is looking at you so intensely!?)

You want to give your time to your precious babies, be patient, focus on each of them at a time that they feel important and loved. You're mad at yourself when you raise your voice or just  say something to make them stop asking questions. But we're only humans right? They don't teach you at school how to deal with extreme situations. You dream of having just a moment alone, but at the same time you feel the most blessed person in the world just because you have your family and kids. This dichotomy will stay with you for a long time. You want to have something just for yourself and at the same time be there for your kids. And you're not quite sure whether it's because you're egoistic or maybe because you're still the same person you have always been. 
Motherhood is a role which you can really lose yourself in. You can go for broke, be a mom exclusively, forget about yourself and your needs; talk only about kids, soups and poops and extra classes. Or you can try to keep balance between being a great mom and and a woman who's trying to work and develop ; a mom who has time for herself and her family. But this is much harder than it sounds. It's like juggling 10 balls with only two hands of yours and limited time.
Unfortunately, there's no ultimate way of  how you should do it. Each of us has to find her own way. But it's important not to be afraid of asking for help (which I must admit I find difficult to do!).
Being a mom is a matter of compromise. Some things we need to say no to, and some have to come first.  The choices we need to make are sometimes difficult, sometimes not what we expected. But dear ladies, remember, kids grow up, time flies, and us, in the blink of an eye, we will be thinking of the time now as a faded memory. To be honest this freaks me out but sometimes it makes me feel better too, when everyday life gets too much to handle ;)

Dziękuję zaful.com za piękną sukienkę! 

Thank you zaful.com for this beautiful dress!

czwartek, 18 maja 2017

we ARE from different planets ;)

washingtonpost.com
No więc ostatnio miałam przyjemność robić zakupy z moim mężem online. Dla niego (pewien sklep internetowy przypomniał sobie, że Marek kiedyś coś u nich kupił i przysłali mu kupon rabatowy - dość kuszący muszę przyznać - a że Marek rzeczywiście potrzebował butów, no to postanowił go wykorzystać). Zasiedliśmy sobie z kompem na kanapie i mówię - "No dobra, wybieraj! (zarezerwowałam sobie trochę czasu - butów nie kupuje się ot tak!). Oj jak bardzo się myliłam. Jesteśmy na trzeciej stronie i mówię - "A może te?"Buty okazały się fajne, no więc wrzuciłam je do koszyka i ruszam dalej oglądać buty, a Marek do mnie - "No, to teraz wybierz mi jakiś T-shirt." Zdębiałam.-"Jak to, już? Nie chcesz pooglądać innych, może dalej będą jakieś fajniejsze." - "Nie, te są OK."
Hahaha, słuchajcie to prawda, że jesteśmy z innych planet (Mars i Wenus i te sprawy). Moje zakupy online to nieustanne poszukiwanie i ciągła niepewność, czy oby na pewno dokonałam słusznego wyboru (bo przecież na dalszej stronie może być jakiś biały kruk, a ja mogę go przegapić!). Facet wchodzi na stronę, klika i kupuje... "I tak to się powinno robić" - pomyślałam.
No ale, że jestem z Wenus, to przejrzałam jeszcze kilka stronek tak dla pewności, żeby jednak wybrać najlepsze buty i żeby biedak nie chodził w nie takich, jakie sobie wymarzył ;) hehe

So the other day I had the pleasure of doing online shopping with my husband. For him (some online store remembered that Marek had bought something on their page so they sent him a discount - quite tempting I must admit). We sat down on the couch and I said - "OK, now choose! (I wanted to take our time so I hadn't planned anything later on - you don't buy shoes just like that!) Oh, how wrong was I!
We were on the third page and I said -"What about these?" The shoes turned out to be OK, so I put them in our cart and went on to browsing the rest of the pages while Marek said - "OK, now let's choose a T-shirt". I was like - "What, is that it? Don't you want to take a look at the rest of the shoes, we may find some better ones? - "No, I'm good."
Hahahah, we sure are from different planets (Mars and Venus and stuff). My online shopping is a constant pursuit and constant anxiety whether I have made the right choice (what if I miss a real gem from the next pages?) A guy gets into a store, clicks and buys.. "And that's how it's done" - I thought.
But since I'm from Venus I went through several more pages just to make sure he'd made the right decision and so that he didn't have to wear shoes he didn't like ;) haha

środa, 10 maja 2017

#Inspiration


Oto lista drobiazgów, które pozwolą Wam przetrwać oczekiwanie na wiosnę... ;)

Here's a bunch of things that will help you survive waiting for spring... ;)

czwartek, 4 maja 2017

What's going on?


pinterest.com

Ostatnio dotarło do mnie, że jestem już w takim wieku, że pewnych rzeczy nie wypada mi robić. Nie wiem czy mam się z tych moich oznak dojrzałości cieszyć czy raczej płakać. Bo nie wiem, czy powinnam cieszyć się, że moje wewnętrzne "dziecko" mówi papa i odchodzi w niepamięć...
Pierwsze przejawy owego procesu były niewinne i zaczęły się od pisania wiadomości. Któregoś pięknego dnia odpisywałam jakiejś znajomej i... stwierdziłam, że może jednak nie wypada śmiać się "hehe" w takiej wiadomości. Innym razem stwierdziłam, że nie będę robić z siebie śmiesznej trzpiotki, więc skasowałam emotikonkę.
Wiem, w sumie nic takiego. Teraz jednak zaczęłam się zastanawiać czy wypada mi wchodzić do niektórych sklepów. Czy kobiecie po 30-stce wypada kupować ciuchy w sklepach, w których ubrania kupują 13-latki? Nie chodzi o to, że do tej pory starałam się wyglądać jak 13-latka, po prostu w sklepach tych udawało mi się znaleźć ciuchy, które nie krzyczały "jestem dzieckiem" i jednocześnie były w dobrej cenie. Teraz jednak stwierdziłam, że może powinnam odwiedzać sklepy, które są dla mnie bardziej odpowiednie...? Hmm, co się ze mną dzieje? Czy świat oszalał, a ja zmieniam się w starą babę, która przejmuje się konwenansami?
No cóż, sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... Ale skoro czuję, że to już nie moja bajka (szczególnie gdy rozglądam się i jedyne co widzę to krótkie topy!!!), może jednak niektóre sklepy powinnam sobie darować, jednocześnie pamiętając by pielęgnować swoją dziecięcą naturę ubraną w ciuchy dla kobiet z mojej dekady? ;)

I've realized lately that in my age it's just not appropriate to do certain things. I'm not sure whether I should feel happy or freak out about these signs of maturity. Should I be happy that my inner child is saying bye bye and going into the shadow...? The first signs of this process were pretty innocent and started when I was texting back one of my friends and it got me thinking I should stop writing "haha" in funny moments. Another time was when I decided to delete an emoji so that nobody thought I was flibbertigibet.
I know it doesn't sound so serious. But now I started thinking that I shouldn't go into certain stores anymore. Is is appropriate for a 30-something-year-old woman to enter stores for 13-year-olds? It's not that I wanted to look 13, I was just able find good deals there for reasonable prices. But recently I thought I might start visiting stores more appropriate for a girl like me...? Erm, what is wrong with me? Is the world getting crazy or me becoming an old woman who cares about the social restraints?
Well, I don't know what to think about it ... But since I feel it's not my cup of tea anymore (especially when wherever I look I see crop tops!!!) I should quit visiting certain stores and remember to cherish my childlike nature wearing more womanlike clothes for women in their 30s? ;)

wtorek, 2 maja 2017

Floral dress

Mówi się, że nadeszła wiosna (hmm, u nas jeszcze chyba czai się za rogiem, bo raczy nas raczej wiatrem i zimnem), ale OK, jest wiosna. Nastał więc czas na sukienkę! Moje drogie Panie, czas na sukienkę, ale nie byle jaką, bo w kwiaty! Zobaczcie co dla Was znalazłam :)

They say spring has come (well, it's still waiting to come out from behind the corner as it's still cold and windy here in Poland), but OK let's assume spring's already here. That's why, it's time for a dress. Dear ladies, it's time for a dress, for a floral dress! Take a look what I found ;)

mango.com

mango.com


mango.com

mango.com
mango.com
mango.com
zara.com
zara.com
zara.com
zara.com

zara.com


niedziela, 23 kwietnia 2017

A mid-century chair








Takie fotele pamiętam z czasów dzieciństwa. Były wszędzie i nie były niczym zwyczajnym. A jednak mnie zawsze bardzo intrygował ich kształt (a do tego były i są! baaardzo wygodne).
Fotel Zajączek ("Bunny") typ 300-177, bo o nim mowa, to bohater mojego dzisiejszego posta (oprócz mojego szanownego kota, który nie pozwolił mi zrobić zdjęć - generalnie fotel został przez niego zaanektowany i już ;). Fotel ten był produkowany przez Lubuskie Fabryki Mebli w latach 60-70 ubiegłego wieku.
Jakiś czas temu wybrałam się z przyjaciółką na wyprzedaż starych mebli organizowaną przez chłopaków z Politury (czytaj). Wybrałyśmy się w konkretnym celu, ja po Zajączka, moja przyjaciółka po krzesło R. Hałasa. Skończyłyśmy oprócz tego z jeszcze dwoma fotelami (wracałyśmy jak wielbłądy, ale byłyśmy prze-szczęśliwe ;).
Od pewnego czasu marzyłam o takim fotelu, o tym by kupić stary, biedny i opuszczony, a następnie dać mu nowe życie. Początkowy stan mojego fotela to dużo lakieru i tapicerka przypominająca, że lata jej świetności przypadały bardzo dawno temu. Rama fotela została przez nas oszlifowana do surowego drewna, a następnie potraktowana woskiem. Zależało nam na surowym wyglądzie fotela, stad widoczne słoje drewna i matowe wykończenie. Siedzisko natomiast, no cóż zostało oddane w ręce profesjonalnego tapicera (obawiałam się, że moje umiejętności mogą okazać się niewystarczające). Materiał na obicie w jodełkę, według mnie, dodał mu współczesnego sznytu.
No tak, fotel jest gotowy, piękny i wygodny i... szukam dla niego miejsca w domu. Wiem jak wzrosła jego cena (zapłaciłam za niego 100 zł, teraz kosztuje od 600 zł :), dlatego szukam godnego dla niego miejsca. Czasami warto zainwestować w stare graty :)

I remember these chairs from the times when I was a child. They were very popular and were nothing special at all. But to me, they have always been interesting due to their shape (on top of that they're sooo comfortable).
Bunny chair type 300-177, which is the protagonist of my today's post (apart from my cat, who did not let me take the photos - basically it's his chair now, period ;).The chair was produced by Lubuskie Fabryki Mebli (a furniture factory) in the 1960s and 70s in Poland.
Some time ago me and my friend, we went on a sale of old furniture organized by the guys from Politura (read here). We went there with some very specific objectives, me to get the Bunny ;), and my friend to get a chair by  R. Hałas. We ended up with two more chairs (our way back home looked like we were moving, but we were also so happy ;). I always dreamed of having a chair like that, of you know, of getting an old one and then of giving it a totally new entourage.
Before the makeover the chair had a thick layer of varnish and an upholstery which made it obvious its best days are long over. We've sanded down the wooden frame of the chair and then treated  it with wax. We wanted it to have a raw finish, hence the growth rings visible and a matte finish. The seat was handed over to a professional upholsterer (I was afraid my skills wouldn't be enough to make it look good). The herringbone fabric gives the chair a modern look, I guess.
 OK, so the chair is ready, beautiful and comfy and ... now I'm looking for the right place to put it. I know its price went up (I paid PLN 100 and now it costs from PLN600 and more :), that's why it needs a nice spot. Sometimes it's worth investing in old junk :)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

What happiness means to me



Czym jest szczęście? To odwieczne pytanie zadają sobie ludzie od wieków, jednak nie padła na nie jeszcze żadna jednoznaczna odpowiedź. Nie ma uniwersalnej recepty na szczęście. Dla jednych szczęście oznacza rodzinę, dla innych zdrowie, dla jeszcze innych stabilizacja finansowa.
Jeśli o mnie chodzi... No tak... Szczęście to na pewno zdrowie moich najbliższych, bez tego nic inne nie jest ważne. To dla mnie fundament szczęścia, na którym mogę budować resztę (bo tak na co dzień człowiek potrzebuje tych małych rzeczy, które sprawiają, że żyje ;). No tak, jaką resztę? Co daje mi radość, tak na co dzień? Co sprawia, że czuję się szczęśliwa? Stopień skomplikowania kobiecej natury, jakim mogę się (niestety? hehe) pochwalić, nie pozwala mi jednoznacznie odpowiedzieć na to skomplikowane pytanie.
Mianowicie, ostatnio doszłam do wniosku, że poczucie szczęścia każdego dnia odczuwam z innego powodu. Jednego dnia jest to dzień spędzony z dziećmi na zabawie w domowych pieleszach, innego jest to pół godziny w samotności (i ciszy) z kubkiem kawy. Innym razem fakt, że udało mi się osiągnąć mały sukces w pracy, jeszcze innym widok moich chłopaków bawiących się razem. Codziennie staram się znaleźć taką rzecz, chwilę, czynność, widok, osobę, za które jestem wdzięczna. Trudno jest być szczęśliwym 24 godziny na dobę (ciężko jest być wdzięcznym za stanie w kolejce w sklepie, gdy wiesz, że w domu czeka Cię całe mnóstwo spraw do-zrobienia-na-wczoraj!). Dlatego każdego dnia staram się doceniać małe sprawy, pojedynczo, bez przymusu, bo to z nich składa się nasza codzienność. Wojciech Młynarski powiedział kiedyś, że każdy z nas powinien stworzyć sobie swoją małą intymność. To właśnie moja mała własna intymność. Dzięki niej czuję, że w moim życiu trochę tego szczęścia się jednak zdarza, hehe.

What is happiness? This age-long question has been asked forever, nevertheless, no clear-cut answer has been given so far There's no one universal recipe for happiness. For some, it is the family, for others health, and for some other people it is the financial safety that makes them happy. 
As far as I'm concerned... Well... Happiness to me is health of my family, without it, nothing matters. It's a foundation which I can build the rest on (well, yeah because you need all those small things day by day that make you feel alive ;) Mmmm, right... what rest? What makes me feel happy every day? The level of the complexity of female nature, which characterizes me (unfortunately? haha) doesn't let me give you one simple answer.
Namely, I realized lately that each day I feel happy from a different reason. Sometimes it's a day spent playing with my kiddos in our sweet home, some other time it's half hour alone in silence with a cup of coffee. One day it may be a small success at work, the other day it's the sight f my boys playing together. Every day I try to find a thing, a moment, an activity, a sight or a person which I can be thankful for. It's hard to be happy 24/7 (especially for standing in a line while you know these's a whole lotta things waiting to be done at home!). That is why, I try to appreciate small things, one at a time, without pressure, since they go to make our everydayness. Wojciech Młynarski (a Polish songwriter and a poet) once said that each of us should create their own intimacy. So that is my very own small intimacy. It gives me the feeling that luck occurs in my life sometimes, haha.