czwartek, 13 lipca 2017

Keeping it tidy

Pokoje moich dzieci są pełne zabawek, chyba można nawet powiedzieć, że są przepełnione zabawkami... Wiem, że to moja wina, ale one uwielbiają grzebać w tych swoich klamotach, przewracać je, oglądać, więc pozwalam na to zbieractwo, które w pewien sposób staram się ujarzmić. Świetną pomocą w tym są pojemniki, do których można wrzucić całe mnóstwo różnych zabawek. Nie tylko porządkują pokój, ale i stanowią jego ozdobę ;)

My children's bedrooms are full of toys, you might even say they're overloaded with toys... I know it's my fault, but my kiddos love to play with and delve into their stuff, so I let them collect it but at the same time I try to keep the space organized. A great help in doing so are custom-made bins which can contain lots of toys. Not only do they organize the space, but they also decorate it :)


Pojemniki, które chcę Wam dziś pokazać uszyła moja koleżanka (zajrzyj tutaj), która ma świetny zmysł do szycia i wymyślania pięknych rzeczy dla dzieci. Zajmuje się z tym z zamiłowania, może i dla Was coś uszyje? Dla mnie uszyła dwa pojemniki do pokoju Majki z motywem kropelek, które są także na ścianach! Wyglądają ślicznie i tak też są wykonane.

Bins which I want to show today have been made by my friend (click here), who has a great talent for making beautiful things for children. It's her passion so I guess she could sew something for you too ;) She made two bins for Maja's room with the drop pattern which matches the walls! They look cute and are very well made. 






Pojemniki są bliźniacze, czyli materiał na zewnątrz i wewnątrz mają taki sam tylko w odwrotną stronę :)  Można je uszyć w różnych kształtach i kolorach! Praktyczne i śliczne :)

These are twin bins which means they are both made with the same fabric but used in different configurations :) You can get them in different shapes and colors! Useful and pretty ;)


xoxo

poniedziałek, 10 lipca 2017

#Inspiration


Dziewczyny, korzystajmy z pogody i zakładajmy sukienki, bo kiedy jak nie dziś! xo

Ladies, let's enjoy the beautiful weather and put on dresses, if not now, when? xo

czwartek, 6 lipca 2017

School reunion



Wracacie czasami myślami do czasów liceum, kiedy życie było o wiele prostsze, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy? Dla mnie licealne czasy to ważny kawałek mojego życia. To wtedy poznałam Marka, mojego męża, zawiązałam przyjaźnie na całe życie, przeżyłam przygody, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci, bo w pewnym sensie mnie ukształtowały.
W tym roku minęło 15 lat od mojej matury... Nie mogę uwierzyć, że to już tyle lat... Czas ucieka i nim się obejrzysz, mija 15 lat. Stwierdziłam więc, że skoro to taka okrągła rocznica, trzeba zorganizować spotkanie po latach...
To niesamowite jak bardzo było to nam wszystkim potrzebne. Udało nam się zorganizować imprezę - w końcu. I już od samego wejścia ludzie czuli się, jakby widzieli się poprzedniego dnia, a nie 15 lat wcześniej. Rozmawialiśmy i bawiliśmy się razem, jakbyśmy nadal byli kolegami i koleżankami z ławki, jakby czas, który tak niepostrzeżenie minął, stanął w miejscu, a my bylibyśmy nadal w 2002 roku. Pamiętam naszą imprezę tuż przed maturą, ostatni dzień szkoły... Ta teraz, była chyba jeszcze lepsza...
Gdy spotykasz tych wszystkich ludzi z którymi spędziłaś 4 lata w jednej klasie czy szkole, uświadamiasz sobie, że w pewnym sensie czujesz przynależność do jakiejś grupy, jakbyś na zawsze już była częścią jakiejś rodziny, z którą łączy Cię historia. Wasze drogi rozeszły się, ale nadal łączą was wspólne wspomnienia. Dobrze było usłyszeć co u innych, jak poukładali sobie życie i jakie mają plany na przyszłość. Nie było udawania, ani lansu, przynajmniej tak mi się wydaję. Ludzie byli sobą. Po prostu. Niektórzy zmienili się nie do poznania, inni w ogóle. Na chwilę każdy z nas miał znowu 18 lat...
Nie wiem co takiego jest w takich spotkaniach, ale myślę, że to świetna okazja, by po prostu przypomnieć sobie, że pomimo, że minęło tyle lat, warto utrzymywać przyjaźnie sprzed lat i że tak naprawdę nadal, gdzieś w środku, każdy z nas ma w sobie duszę osiemnastolatka :) (niektórzy powinni wiedzieć o co chodzi ;)

Do you sometimes go back to your high school times, when life was a lot easier, at least from today's point of view? For me high school was an important part of my life. It was then when I met Marek, my husband, I made friends for life and had experiences which I will always keep in my mind as somehow they made me the person I am now.
This year it's been 15 years from my matura exam (A-levels)... I can't believe it's been so many years... Time flies and before you realize, it's 15 years. It seemed to me that 15 is a good number to celebrate, so I decided to make a school reunion...
It's incredible how we all craved that. We managed to have the party - finally. And from the very beginning people felt as if they saw each other the day before, not 15 years before. We talked and had fun together as if we still were classmates, as if time stopped and we were still in 2002. I remember our party before the matura exam, the last day of school... This time it was even better...
When you get together with all those people you spent 4 years with in one classroom or school, you realize you somehow still belong to a group or a team. You all went separate ways, but but there are memeries and history that you still have in common. It was great to hear what's new with them, how they've been doing in their lives and what their plans for the future are. There was no faking, no showing off, well at least I think so. We were just ourselves. As simple as that. Some were difficult to recognize, some haven't changed at all. For a moment we were all 18 back again...
I don't know what's it all about such get togethers, but I guess it's just a great occassion to remind yourself that though it's been so many years, it's great to keep in touch with all those people and that in fact, deep down, we are all 18 :)(some of you should know what I mean ;)

wtorek, 27 czerwca 2017

Disturbia...



Jak pewnie część z Was wie, nie było mnie na blogu od bardzo dawna. Wiem, przepraszam i zapraszam Was do lektury, w której odkryjecie tajemnicę mojego nagłego zniknięcia.
Od nie pamiętam kiedy, nie podróżowałam sama. Najpierw były to wakacje z rodzicami, w międzyczasie szkolne wycieczki, potem wyjazdy z chłopakiem, potem z mężem, aż w końcu z mężem i dziećmi. Zawsze z kimś, nigdy sama. Zawsze był ktoś do kogo można zagadać, z kim można dzielić dobre i złe chwile podczas podróży. Jednak przede wszystkim zawsze był ktoś, dzięki komu nie musiałam polegać wyłącznie na samej sobie, bo wszystkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie. Nigdy nie musiałam się sama martwić, czy i jak dokądś dojechać, gdzie zjeść, co robić w wolnym czasie, szczególnie jeśli chodzi o orientację w terenie, haha.
No i tak okopałam się w swojej strefie komfortu, otoczona ludźmi, których kocham, bezpieczna. Ponieważ od tylu lat zawsze byłam otoczona ludźmi, zapomniałam o tym, jak to jest, stanowić samemu o sobie. Zapomniałam, jak to jest polegać tylko na sobie.... Muszę przyznać, że to okropne, że zapomniałam o tym, że oprócz wszystkich ról, które wykonuję, jestem także odrębną jednostką...
W styczniu zaproponowano mi wyjazd służbowy do Anglii, na dwa tygodnie...samej. Perspektywa wyjazdu była tak odległa, że wydawało mi się, że to nigdy nie nastąpi. Zgodziłam się więc i wróciłam do swoich zajęć.
Jednak w końcu nadszedł moment, w którym dotarło do mnie, że jednak jadę, że muszę zacząć pakować rzeczy, uświadomić dzieci, że mamy nie będzie przez dwa tygodnie. Byłam przerażona (i przede wszystkim przepracowana). Do samego końca nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę...
Ale w końcu wsiadłam w samolot i poleciałam, pełna obaw, rozterek i tęsknoty (tak, już na samym starcie) za rodziną.
Nawet nie wiecie jak trudno jest zmierzyć się z chwilą, kiedy zostajesz sama ze sobą i musisz zrobić wszystko, żeby znaleźć swoje mieszkanie i zacząć funkcjonować na zupełnie nowych dla siebie zasadach. Musisz się wziąć w garść i po prostu chwycić byka za rogi. Nie jest to takie proste, po latach polegania na innych. Myślisz wtedy, co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w domu z dziećmi? Jak dojechać do tego cholernego centrum? Gdzie jest przystanek? Jak zamierzasz jeździć transportem publicznym, skoro całe dnie spędzasz w samochodzie? I kto do cholery Ci pomoże? Tysiąc myśli na minutę, hehe.
Jednak gdy porządnie się wyśpisz, uspokoisz, dojdziesz w końcu do racjonalnych wniosków uświadamiasz sobie, że musisz i nie masz wyjścia. Otwierasz się i powoli dociera do Ciebie, że jesteś w stanie polegać tylko na sobie. Czujesz, że rosną Ci skrzydła. Wiesz, że poradzisz sobie w najdziwniejszej sytuacji. Jesteś z siebie dumna. To okropne, bo dopiero ten wyjazd uświadomił mi, że zapomniałam o sobie i że w ogóle sama siebie nie znam...
Z jednej strony czujesz straszną tęsknotę za rodziną, mężem i dziećmi (zamartwiasz się, że dzieci o Tobie zapomną), z drugiej czujesz, że po raz pierwszy od wielu lat masz czas tylko dla siebie...Cudowne uczucie, gdy masz szansę odkryć te wszystkie uczucia na nowo. Masz czas wolny i masz totalną swobodę jak go wykorzystasz...mmmm. Więc, jeśli któraś z Was ma szansę choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości.... polecam :)


As some of you might have noticed, I haven't been here for a while. I know, I'm sorry and so I'm inviting you to read the story of my unexpected disappearance.
Since I can remember I haven't been traveling alone. First there were vacations with my parents, some school trips in the meantime, then trips with my boyfriend and later on my husband, and finally with my husband and the kids. Always with someone, never alone. There was always someone to talk to, whom I could share all the good and the bad moments with when traveling. But most importantly, there was always someone, which meant I didn't really have to rely only on myself, because we would always decide on everything together. I didn't have to worry whether or how to get somewhere, where to eat, what to do, let alone spatial orientation, haha. So I got so cozy in my comfort zone, surrounded by people whom I love, safe and sound. And since I had been among the people, I forgot how it feels to stand for yourself. I forgot how it is to depend only on myself... I must say it's horrible that I forgot that apart from being all those things I do, I am still an individual...
In January at work they offered me a trip to England, for two weeks... alone. The perspective was so distant I agreed and went back on to my usual stuff.
But finally the time to leave was coming and I realized I was really about to leave, and that I had to start packing and tell the kiddos mommy was leaving for two weeks. I was petrified (and most of all I was overworked). I didn't think it was really happening... But finally I got onto the plane and took off full of worries and already missing (yes, instantly) my family.
You don't even realize how hard it is to face the moment when you're left alone and you need to find your accomodation and start living your new reality. You need to get a grip and just take the bull by the horns, as they say. It's not as simple as it sounds after years of relying on others. All you think at that very moment is, what are you doing here? Why the hell aren't you at home with your kids? How the hell do you get to the center? Where is the damn bus stop? How on earth are you going to use public transport when you're used to spending whole days using your own car? And who the hell will help you? Thousands of thoughts at a time, haha.
But when you get some sleep, calm down, you finally find yourself thinking that you have to face the new situation, you don't really have a choice. You open yourself to the new and step by step you learn that you can depend on yourself. You feel as if you had wings growing. and you know that you can face even the weirdest situation you can imagine. I was really sad when I realized that I had forgotten about myself and that actually I didn't really know myself...
On the one hand you're homesick and you miss your family, your kids and husband (you worry that they won't remember you), and on the other hand you feel that it is just 'you' time and you haven't had it for years... You're in heaven when you can rediscover all those feelings again. You have plenty of time and you can do whatever you want....mmmmm. So if any of you ladies has ever a chance to run away from the mundane reality, just for a while... I would say... go for it ;)