niedziela, 19 marca 2017

Doing the splits

Ostatnio wszystko robię w pośpiechu, na nic nie mam czasu. Manicure... no dobra zrobię jutro, pościeram kurze... jutro, napiszę posta.... jutro? Matko, jestem jak na rollercoasterze. Dzisiejsza kąpiel tez miała być ekspresowa, nie ma co tracić czasu na zbędne przyjemności. Jednak gdy tylko usiadłam w wannie, spojrzałam tęsknym wzrokiem na magazyny leżące tuż przy niej i było po mnie... Zatopiłam się w lekturze (i wodzie), a moje plany na zrobienie 1238 rzeczy tego wieczoru... no cóż, legły w gruzach. Jednak nie żałuję. Przeczytałam kilka mądrych słów, świętych słów.

Everything I've been doing lately I've been doing in a rush, there's always lack of time. Manicure... OK I'll do it tomorrow, dusting... maybe tomorrow, writing a post...tomorrow? Gosh, I feel like on a rollercoaster. This evening bath was also supposed to be quick, there's no time for trivial pleasures. But as soon as I got into the bath and looked at the pile of magazines laying next to it, busted... I fell for reading (and the hot water) and all my ambitious plans to do the 1238 things this evevning, well, didn't work out. But I don't regret that. I came across some very wise words.

Natknęłam się na bardzo ciekawy wywiad z Sylwią Chutnik i to co powiedziała, na długo pozostanie w mojej głowie. Zacytuję je Wam (długa kąpiel zmiękczyła mi mózg i nie chcę mi się szukać odpowiednich słów i parafraz, hehe). "Nie mogę nagle gdzieś pojechać albo zamknąć się w domu i zająć wyłącznie pracą, powiedzieć: nie będzie obiadu, bo muszę tworzyć. (...) włącza mi się, że to ja muszę zrobić pewne rzeczy. Wiele kobiet, które mają twórcze zawody i rodzinę, ma w sobie to napięcie. Widzę to na spotkaniach. Nagle zaczynamy rozmawiać o dzieciach, dzwonimy do domu, żeby ogarnąć sprawy przynajmniej telefonicznie. Nigdy nie będziemy mogły na sto procent być pisarkami, aktorkami, malarkami, bo gdy rodzi się dziecko, zaczynamy żyć w szpagacie. Na stypendium artystycznym czy naukowym myślisz o rodzinie, a piorąc w domu, o tym, że może napisałoby się wiersz."

I found this very interesting interview with Sylwia Chutnik and what she said will stay in my mind for a long time. I'll quote it (the too-long a bath melted my brain and I don't feel like paraphrasing and finding the right words, haha). "I can't just go somewhere on a whim or close myself in my house and focus just on my work; say: no dinner today because I have to work. (...) I keep in mind that it is me who needs to see to certain things. Lots of women, who have creative jobs and families, have this kind of tension. I see it on our meetings. Suddenly we start talking about children, we call home to deal with family matters at least over the phone. We will never be able to be writers, actresses, painters exclusively since when you have a child you start living in a splits. Being on a scholarship, whether it's artistic or scientific, you think about your family, and while doing the laundry you dream of writing a poem".

No i tak to mniej więcej wygląda. My kobiety, takie, które chciałyby coś zrobić ze swoim życiem zawodowym, żyjemy sobie w takim, jak to mówi Sylwia Chutnik, szpagacie. Kochamy swoje rodziny, dzieci, mężów, a jednocześnie chcemy się realizować zawodowo i robić te dwie rzeczy równolegle. Będąc matką jesteś nią zawsze, czy to pisząc, ucząc, sprzątając, imprezując. I tak samo w życiu zawodowym, siedząc np. w biurze (moim zdaniem nie musi to być twórczy zawód), myślisz o tym, że dziecko ma dziś balik, albo, że rano narzekało na gardło...
Nie wiem czy to dobrze, że nie potrafimy się tak wyłączyć i skupić się wyłącznie na pracy, wyzwaniach, marzeniach, czy nie. Nie mnie to oceniać. Ja wiem, że tak mam. Żyję w "szpagacie"(spodobała mi się ta metafora) i myślę, że mi to odpowiada. Pogodziłam się z tym, że nie jestem już sama (nie nie, nie pogodziłam, a sama się na to zdecydowałam!) i zwyczajnie staram się nie rozerwać (no wiecie w tym szpagacie) i tyle. Życie się toczy, a ja pomimo, że jestem matką (i kocham moje dzieci nad życie) nie przestaję marzyć. Nigdy nie chcę przestać marzyć.

And it more or less looks like that. Us, women, who'd like to do something about our professional lives, we live in the splits as she says. We love our families, children, husbands, and at the same time we want to pursue our professional ambitions. When you become a mom, you're a mom 24/7., whether you're writing, teaching, cleaning, partying. And it's the same when it comes to your work time, when sitting in the office (I think it doesn't have to be a creative job), you keep on thinking that your baby's having a fancy-dress party and that he was complaing on a sore throat this morning...
I don't know if it's good that we cannot focus on one role at a time or bad. I'm not here to judge. I know I can't. I live in the splits (I like the metaphor) and I guess I like it. I got used to the fact I'm not alone anymore (no no, not got used to I decided on that deliberately!) and just trying not to get split (you know, in the splits) and that's it. Life passes, and me even though I'm a mom (I love my kids more than life) I won't stop dreaming. I will never stop dreaming.

niedziela, 12 marca 2017

A day out

Po dwóch tygodniach choroby w końcu wyszliśmy poza dom. To było nam bardzo potrzebne i myślę, że dobrze nam zrobiło :) W sobotę, bardzo spontaniczną decyzją, pojechaliśmy do Poznania. Miał być spacer po Starym Rynku i wizyta w kawiarni. Ale udało nam się zrobić znacznie więcej. Zobaczcie sami :)

After two weeks of being ill we finally went out. It was something we really needed and I know it did us good :) On Saturday, on a whim, we went to Poznań. We wanted to have a walk around the old market and then pop in to a coffee house. But we managed to do a lot more. Take a look :)

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy na Starym Rynku (jednak nie trwało to długo, nawet nie dotarliśmy do Ratusza... hehe). Zdążyliśmy zobaczyć makietę miasta, przejść jeszcze troszeczkę i .... Majka "zmusiła" nas do zmiany planów ;) Wyjeżdżając z dziećmi trzeba być bardzo elastycznym :)

Our trip we started on the old market (but we didn't stay long there, we didn't even get to the city hall...haha). We managed to take a look at the miniature model, have a little stroll and... Maja "made" us change the plan ;) When going out with the kids you need to be very flexible ;)



W pewnym momencie podeszły do nas turystki z Turcji i zaczęły się zachwycać naszymi dziećmi :) Bardzo miłe spotkanie :)

Suddenly we bumped into a group of Turkish tourists who were admiring our kiddos :) such a nice experience :)


Dotarliśmy do jednej z naszych ulubionych miejsc w Poznaniu, do Zielonej Werandy (poniżej). Bardzo klimatyczne miejsce, gdzie można dobrze zjeść i posiedzieć w nietuzinkowym otoczeniu.

Finally, we got to one our fave places in town, Zielona Weranda (below). A very climatic spot where you can eat well and spend time in an extraordinary scenery.






W oczekiwaniu na jedzenie, nie ma to jak bulgotanie przez słomkę ;)

While waiting for the meal, there's nothing better than straw-blowing the chocolate :)


Wyjście do kawiarni z jednolatką to nie lada wyzwanie ;) Co chwilę zmiana koncepcji. I chodzenie (a także jedzenie!) na zmiany :) Ale coś za coś, hehe. Trzeba mieć pokłady cierpliwości i spokoju. Nie wyobrażam sobie jednak całkowicie zrezygnować z wychodzenia w takie miejsca tylko dlatego, że ma się dzieci ;)

Going to a coffee place with a one-year-old is quite a challenge ;) Every 5 seconds change of plans. And walking around (eating too!) while taking turns :) But quid pro quo, as they say haha. You need to have loads of patience. But I can't imagine  I could quit going to such places because I have kids :)


Jedzenie... No tak, wygląda to mniej więcej tak. Próbujesz coś uszczknąć z talerza, a jednocześnie trzymasz dziecko, próbujesz je czymś zająć i jeszcze karmić (bo może akurat to będzie idealnym uspokajaczo-odciągaczem-uwagi ;))) U nas kończy się zawsze jedzeniem na zmiany, hehe.

Eating, right.... Well it looks more or less like this... You're trying to nibble something and at the same time you're trying to occupy your kid with something and maybe feed them (maybe it's the food that will work as a pacifier-and-attention-drawer ;)))) Eventually, we always end up eating in turns, haha.


I na tym mieliśmy skończyć, tzn. spacerem po Placu Wolności... Jednak byliśmy w pobliżu Muzeum Narodowego i uznaliśmy, że należy je pokazać Wojtkowi (Majce było wszystko jedno, myślę ;).

We were going to end up our trip there, I mean in Plac Wolności... But being so close to the National Museum we decided to show it to Wojtek (Maja didn't really care, I guess ;)


Poznański Bazar

Bazar in Poznań (a famous building with a rich history)


Muzeum Narodowe w Poznaniu to bardzo ciekawe miejsce, w które niestety zbyt rzadko się zagląda! Już sama zapomniałam jakie to przyjemne obcowanie ze sztuką. Chcieliśmy, żeby Wojtek zobaczył jak wygląda muzeum, obrazy i rzeźby. Fajnie było mu pokazać coś nowego. Oczywiście na pierwszy raz nie mogliśmy przesadzić, zwiedziliśmy więc tylko część stałej wystawy (w sobotę wejście jest darmowe :), ale i tak było warto.

The National Museum in Poznań is an interesting place, which unfortunately we seldom visit! I forgot how it feels to spend time surrounded by art. We wanted Wojtek to learn about the museum, the paintings and scuptures. It was fun to show him something new. Of course we didn't want to overdo it so we only visited a part of the permanent exhibition (on Saturday the entrance is free), but I'm sure it was worth it.



Całkiem niedawno czytałam o tych fikusach, a tu niespodzianka, zobaczyłam je na żywo :)

Some time ago I came across an article about these paintings below and here, a surprise, I got to see them in reality :)



Strzemiński (ten z Powidoków A. Wajdy)

Strzemiński (a Polish painter from 'Afterimage' (Pol. 'Powidoki") the last film of Andrzej Wajda)


Nasze dwa skarby obcują ze sztuką... :)

Our two gems' encounter with art... :)


Wróciliśmy wymęczeni, ale i zadowoleni, że wyszliśmy z domu i pokazaliśmy naszym dzieciom coś innego niż 4 ściany naszego domu...

We got home exhausted, but glad we'd gone out and showed our kids something more than the inside of our house....

niedziela, 5 marca 2017

Lamp makeover

Już od pewnego czasu polowałam na dużą lampę stołową, którą mogłabym odnowić i ustawić w pokoju Wojtka. Chciałam, żeby to była lampa ceramiczna, z dużą podstawą i dużym abażurem. No i znalazłam w końcu taką. Była taka jaka miała być, oprócz tego była brzydka jak nie powiem co, brązowa (nakrapiana ;) i do tego miała abażur mocno nadgryziony zębem czasu. Była idealna!

For some time I've been looking for a table lamp which I could redo and put in Wojtek's bedroom. I wanted it to have a ceramic base and a large lampshade. And I finally got one. It was exactly what I wanted it to be even though it was ugly as ...., brownish with a shade that had seen a lot. It was perfect!


Projektując pokój Wojtka zawsze zakładałam, że będzie pełen odważnych barw. Brakowało mi w nim więcej czerwonych akcentów. Kupiłam więc czerwona farbę w sprayu oraz grubą białą tkaninę przypominającą len. Podstawę lampy "malowałam" kilka razy, trzeba nabrać wprawy, bo przy sprayu robią się zacieki. Dlatego trwało to kilka dni zanim wyszło to co chciałam.

When I was thinking of Wojtek's bedroom I knew I wanted it to have vibrant colors. And red was the color it craved for. So I bought a red spray paint and a white thick linen-like fabric. I put several layers of paint, you need to know how to spray, otherwise you get dam patches. That's why it took me several days to get the right effect. 




Z abażurem było więcej zachodu. Na youtube znalazłam sposób na jego odnowienie (myślę, że nie będziecie mieli problemu, żeby znaleźć tam to, co Was interesuje). Wystarczy taśma klejąca dwustronna, klej na ciepło, materiał i nożyczki. Wyszło to, co widzicie :) 

The lapmshade was more problematic. On youtube I found out how to redo it (I'm sure you'll find everything you are interested in there). All you need is a double-sided sticky tape, hot glue, fabric and scissors. The result you can see in the photos :) 
 


xo